|
WYJAZD 4X4 - 22 STYCZEŃ 2012
Dzisiejszy wyjazd był trochę inny niż wszystkie.
Obudziliśmy się dużo wcześniej i wyruszyliśmy jeszcze dalej niż zwykle, czekając na resztę Klubowiczów pod Mac coś tam. Zrobiliśmy sobie wielką nadzieję na śniadanie w ekskluzywnej restauracji, ale niestety gdy ktoś zakomunikował przez radio: "nie zatrzymujemy się" nasze nadzieje legły w gruzach.
I to było pierwszym powodem zmartwień Bartka (wcale mu się nie dziwię). Po dotarciu na miejsce zbiórki drugim zmartwieniem właściciela czerwonego Jeepa był śmierdzący i dymiący się hamulec, który z narażeniem życia naprawił Damian (SZACUN!!)
Następnie wyruszyliśmy w teren z miejscowymi przewodnikami, którzy zapewniali że cały teren objechali landryną. Myślę - oo będzie lajcik, napewno się wynudzę, a tym czasem po pierwszej przeszkodzie przestałem ich brać na poważnie, gdyż oni to landrynę zostawili przed lasem, a trasę tyczyli na nogach.
Wyszło jak zwykle. Po 20 minutowych zmaganiach Bartek zakomunikował: "Chłopaki, połamałem snorkla, zbiłem szybę i zgniotłem słupek!" W jego głosie było słyszalne wyraźne niezadowolenie.
To też było jego następną bolączką, która zadecydowała o jego wcześniejszym wyjeździe celem utrzymania obecnego stanu zdrowia, życia i stanu portfela. Bartku bez ciebie to nie było to samo. Gdy przemierzaliśmy dalej piękny teren, dotarliśmy do niepozornych górek piaskowych więc lina w dłoń.
Jechałem jako pierwszy, więc przecierałem szlak i wyżalę się. Było mi najtrudniej.
Idąc z liną nie pomyślałem o tym, że ma ona określoną długość. Odwinąłem całkiem linę i przy okazji wyrwałem haczyk, na którym się trzymała. Po 40 minutach udało się wszystkim klubowiczom naprawić naszą wyciągarkę.
Co kilkanaście głów to nie jedna !!
Potem było ognisko i malowanie felgi mojego samuraja na jaskrawy róż - wygląda kobieco.
Po obfitym posiłku udaliśmy się kilka kilometrów dalej do jakiegoś rowu, którzy panowie z landka ponoć też przejechali. Okazało się, że było tam 1,20m wody i z 30cm mułu. Wymówka brzmiała: "eee, przed świętami to przejechaliśmy, tu tak nie było".
Jako pierwszy wyrwał się Dawid, który po 20 cm przebytego dystansu wkleił się po zderzak. No cóż, wyciągamy. Jako drugi pojechał Damian, który po przejechaniu aż 70 metrów wkleił się tak, że wyciągaliśmy go dwoma wyciągarkami. No cóż, landryna z pewnoscią to przejechała. Trzecim kozakiem był mój tato, który technicznie i boczkiem objechał teren lajtowy dla landrynki. Po tej przeszkodzie ruszyliśmy do domów.
Zdjęcia zobaczycie TUTAJ . |