|
Off-road kulinarny czyli wyjazd 4x4 - 28.08.11.
Po zeszłotygodniowej rzezi dla aut i kierowców trudno było by szukać bojowych nastrojów wśród klubowej braci. Spod Casto wyruszyliśmy na … śniadanie do Maca. Poranna porcja cholesterolu jeszcze nikomu przecież nie zaszkodziła. Zeszło nam chyba z godzinę więc bardziej z poczucia obowiązku niż w wyniku targających nami off-roadowych namiętności ruszyliśmy w teren.
Nie daleko, tuż za miedzę. Jedynym pocieszeniem było to, że szamańskie moce został dziś uwięzione w domu przez rodzinny najazd. Żadnych awarii!
Mimo iż Talizman nie odpuścił i odwiedził nas na parkingu, statystyczne prawdopodobieństwo oraz wyniki badań radzieckich naukowców, niemal w 100 procentach gwarantowały nam bezawaryjność wyjazdu.
Oczywiście ani statystyka ani nawet, nieomylna, radziecka nauka nie miały szans z mrocznym voodoo. Na pierwszy ogień poszła Vitara. Jej właściciel zaklinał się, że rozsypany most i powyrywane przeguby nie są karą niebios za kolor lakieru jakim ktoś postanowił się wyróżnić na ulicy. „Dodowóz” – bo tak nazwaliśmy tą fantazyjne zeszpeconą maszynerię - już po godzinie napraw był gotowy do jazdy. Inż. Mgr Ireneusz, jak zawsze niezawodny, spisał się znakomicie. My oczywiście również wnieśliśmy znaczący wkład w reanimację Dodowozu wyśmiewając się szyderczo ze wszystkiego co nas otaczało. Grunt to atmosfera przy pracy…
Jeszcze w trakcie napraw ktoś wpadł na pomysł, żeby zawezwać odsiecz narzędziową w postaci mieszkającego w pobliżu Talizmana. Jednak przerażenie jakim okryło się oblicze właściciela nieszczęsnego auta szybko odwiodło nas od tego pomysłu. Zdecydowaliśmy się jedynie na kiełbaski z grila, sałatki i… prawdziwą, szamańską grochówkę. Spędziliśmy kolejną godzinę przy paśniku. Dietetycy twierdzą przecież, że należy jeść często. O ilości pochłanianych kalorii też coś było, ale takich szczegółów już nie pamiętam. Posileni, choć nieco zmotani niedzielnym niechciejstwem Pana Prezesa Ireneusza zdecydowaliśmy się jeszcze na paręset metrów błotnistej zabawy. Talizman ruszył z nami. Może dla tego, że Vitarki już tak mają, a może z powodu trzech dni żmudnej pracy nad rozrusznikiem każdorazowe odpalanie Suzuki trwało około 20 minut i było okupione siarczystą wiązanką właściciela. W końcu, w akcie ostatecznej desperacji Talizman poszedł po radę do Inżyniera Ireneusza. „na czym ten rozrusznik tak mi się zawiesza?” zapytał.
Prezes zamyślił się głęboko przez chwilę i mentorskim tonem odparł: ”… na mostach…” Ekipa wybuchła gromkim śmiechem, a Talizmanowi aż się woda zagotowała w obwodach. Dzień kończymy tak jak zaczynaliśmy – leniwie. Pisząc tą relację czuję się twórczo osłabiony. Tym bardziej, że siedząc w samotności klepię nieudacznie literki na dziwacznej klawiaturze klubowego kompa, a z za ściany dobiegają mnie dźwięki dobrej zabawy, w której z niejasnych przyczyn jeszcze nie uczestniczę.
W związku z powyższym skracam i przechodzę do wniosków końcowych: 1. Na parkingu pod Mc’Donald trudno szukać off-roadowych wyzwań ale z odpowiednimi ludźmi też może być fajnie. 2. Talizman śpiewać jak wiadomo nie umie ale grochówkę robi przednią. 3. Vitara to bardzo wytrzymała konstrukcja. |